Książki

Książki
Książki
Audiobooki
Audiobooki
E-booki
E-booki
Pakiety
Pakiety
Zestawy
Zestawy
Infolinia
Infolinia
509 831 618

Ostatnio przeglądane

Obniżka! Niebezpieczne związki Sławomira Petelickiego Zobacz większe

Niebezpieczne związki Sławomira Petelickiego

Premiera: 22 listopada 2017

Wysyłka: od 18 listopada 2017

Więcej szczegółów

25,00 zł brutto

-14,90 zł

39,90 zł brutto

Więcej informacji

   Był to zaledwie wierzchołek wierzchołka mafijnej rzeczywistości III RP, bo podobnych ofiar w ostatnich latach było wiele – setki wspaniałych trupów.
Zwłaszcza rzekomo samobójcza śmierć ostatniego z nich, Andrzeja Leppera, była szczytem szczytów absurdu, tak wielkim, że wydawało się wręcz czymś nieprawdopodobnym, iż w ogóle ktoś w taką wersję uwierzył. Przyjąwszy, że Lepper zabił się sam, na moment przed śmiercią przez powieszenie musiałby wejść na krzesło, następnie, już na nim stojąc, musiałby starannie wytrzeć z niego wszystkie odciski palców, potem założyć sobie na szyję pętlę i z kolei musiałby z tej pętli wytrzeć dokładnie wszystkie odciski palców. Na koniec jeszcze musiałby zniszczyć chusteczkę czy cokolwiek innego, czym wycierał to wszystko, bo niczego takiego nie znaleziono. Pytanie – kto w momencie samobójczej śmierci zadaje sobie tyle trudu, by tak skrupulatnie wytrzeć własne odciski palców? I po co Andrzej Lepper miałby to robić?  Zwłaszcza że na miejscu śmierci nie znaleziono niczego, czym można by to zrobić. A jednak prokurator chciał, by opinia publiczna uwierzyła, że Lepper wszedł na krzesło, po czym wytarł ślady odcisków palców, następnie założył pętlę na szyję i znów wytarł ślady odcisków palców, zniszczył „narzędzie” wycierania owych śladów i dopiero potem się powiesił. Trzeba przyznać, że, jak na samobójcę, Andrzej Lepper zatroszczył się o zadziwiająco wiele rzeczy – rzeczy, o które nie zatroszczył się chyba jeszcze nigdy żaden samobójca przed nim. Wydawało się zatem, że poprzeczka absurdu jego śmierci postawiona jest tak wysoko, że jej pokonanie będzie po prostu niemożliwe.
   A teraz, nagle, mieliśmy przed oczami samobójstwo bliźniacze do jego rzekomego samobójstwa, tylko – co wręcz nieprawdopodobne – jeszcze bardziej absurdalne.
Bo jeżeli w sprawie śmierci Sławomira Petelickiego przyjąć za dobrą monetę wersję zdarzeń ustaloną w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, to generał najpierw się zastrzelił, a dopiero potem wytarł odciski palców z broni, z której się zastrzelił.
A to już nie było przerażające, lecz tylko groteskowe. A może raczej należałoby powiedzieć „byłoby groteskowe” – gdyby w tle tak absurdalnej, z samego założenia, wersji śmierci nie było tragedii człowieka i jego rodziny.
W miarę jak zapoznawałem się z utajnionymi dokumentami śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie i czytałem odnoszące się do nich komentarze majora ABW Tomasza Budzyńskiego, oparte o wiedzę fachowców z jego „firmy”, doświadczenie i ekspertyzy przeprowadzane w tych samych laboratoriach, z których korzystały organa ścigania, wątpliwości rosły w tempie astronomicznym. Nie wiadomo było nawet, czy łuska i pozostałość po pocisku wchodziły w skład jednego naboju czy też dwóch, co było o tyle istotne, że w śledztwie pojawili się świadkowie zeznający o dwóch strzałach!
Co zatem ustalono ponad wszelką wątpliwość, w oparciu o fakty  – które jak wiadomo nie wymagają interpretacji, bo po prostu są jakie są – po ekspertyzie biegłego?
Pistolet należący do Sławomira Petelickiego był sprawny technicznie i można było z niego strzelać. I to wszystko!
Wszystkie pozostałe, tak zwane „ustalenia”, to już tylko hipotezy, przypuszczenia i niepoparte żadnymi dowodami spekulacje.
Bo jaką wartość dowodową miała na przykład informacja, że łuska ze śmiertelnym pociskiem została wystrzelona z broni podobnej do pistoletu pierwszego szefa jednostki GROM, skoro był to pistolet produkcji seryjnej, jakich w Polsce – tylko według oficjalnych rejestrów – jest kilka tysięcy?
Już tylko w kontekście informacji zawartej w ekspertyzie, według której jakość śladów „przewodu lufy nie pozwala na przeprowadzenie indywidualnych badań identyfikacyjnych broni zakończonej wydaniem nawet prawdopodobnej opinii”    wskazywała, że o tej sprawie prokuratorzy śmiało mogli powiedzieć: „wiem, że nic nie wiem”. Jeśli zatem nie wiedzieli – a przecież nie wiedzieli, skoro nawet biegły stwierdził, iż w kwestii broni, z której padł śmiertelny strzał, nie można wydać „nawet prawdopodobnej opinii” – to dlaczego powiedzieli, czego nie wiedzieli?
Przekładając urzędniczy bełkot na język, jakim posługują się zwyczajni śmiertelnicy, było jasne i niepodlegające dyskusji, że odnalezione w garażu dowody w żadnym razie nie potwierdzały, iż strzał, który pozbawił życia generała, oddano z jego broni, a jedynie – że z tego samego typu broni. Ekspertyza ta zatem dokładnie w takim samym stopniu, co o samobójstwie generała, mogła świadczyć o jego zabójstwie dokonanym przy użyciu takiego samego pistoletu marki Heckler & Koch.
Na jakiej zatem podstawie uznano, że Sławomir Petelicki popełnił samobójstwo?
Z opinii majora Budzyńskiego, opartej o nieformalne analizy fachowców z jego dawnej „firmy”, prywatne ekspertyzy i wieloletnie doświadczenie w ABW, wynikało jasno, że śledztwo w sprawie zamordowania generała Sławomira Petelickiego było jedną wielką mistyfikacją – dekoracją budowaną na podłożu twardym jak piach.
Całą nadzieję pokładałem jedynie w tym, że Abraham Lincoln, twórca maksymy, według której można oszukiwać wszystkich przez pewien czas, a niektórych przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas - miał rację.